Proza

Dziś – gdy byłam w lesie… w pewnym momencie zatrzymałam się na wąskiej, pnącej się pod górkę – wieloskrętnej dróżce. Przechylała się przez nią – zielonym łukiem – gałąź z malutkimi

listeczkami…dotykając swoją koroną ziemi. Wiesz co zrobiłam… podeszłam… podeszłam bardzo bliziutko. Uśmiechnęłam się do delikatnych listeczków, gładząc je drżącą ręką, przepuszczałam je między palcami ostrożnie, by nie uszkodzić. Rozmawiając z nimi… przesunęłam dłonią po gładkiej korze, położyłam całe, gołe przedramię, by poczuć – b l i s k o ś ć. Chłodna powierzchnia – lgnęła do mnie.

Wspięłam się na palce, przytulając policzek, pocałowałam gałąź i ponownie objąwszy ją – tuląc… rozpłakałam się jak dziecko… zielone bezodpowiedzi dławiły w gardle. Po chwilce ucichłam, wzięłam głęboki oddech, ucałowałam raz jeszcze i podziękowałam gałęzi, że była tak przytulnie – ze mną i……… i nie odtrąciła mnie.

Odchodząc, odwróciłam się i popatrzyłam na nią z uśmiechem – już spokojniejsza. Mimo lekkiego wiatru – nie drgnęła na pożegnanie – zapewne…ze zdumienia. Uniosłam wyżej głowę… z seledynowych prześwitów w koronach olbrzymich drzew, przedarł się ciepły blask i dotknął mojej twarzy a ja… ja nuciłam swoją pieśń – las, las lekkim pomrukiem wtórował .

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe.

Wyślij komentarz